Z więzienia (1986)

Czesław Bielecki (jako Maciej Poleski) : "Z więzienia"

Wydawca: CDN, Warszawa 1986 (podziemne)

 

Fragment eseju "Polska polityka":

Redaktorowi Jerzemu Giedroyciowi, o współpracę z którym mam zaszczyt być podejrzanym.

Chcę pisać, piszę o polskiej polityce, a nie o polityce polskiej; działalność opozycji często zatraca sens polityki, lecz nie sądzę, aby była za mało polska. Przezwyciężenie Jałty i perspektywa nowego Wersalu jeszcze daleko przed nami: sprawa polska jest jedna, ale polityk jej służących może być wiele. Nie ma bowiem empirycznych wzorów na rozwiązywanie równań z dużej czy małej historii dziejącej się na naszych oczach. Zbyt wiele w nich niewiadomych, a i my jako jednostki, grupy polityczne czy cały ruch „Solidarności” często sami dla siebie jesteśmy niewiadomą. Dalsza przeszłość zmienia się w interpretacjach zależnych od oceny teraźniejszości, dalsza przyszłość jest sferą postulatów i deklaracji, ale nie inżynierii społecznej; dlatego chcę rozważyć, dlaczego różne polityki mogą solidarnie służyć sprawie polskiej, a przede wszystkim — nie szkodzić jej.

W życiu publicznym obowiązuje musilowska Zasada Niedostatecznej Przyczyny: nic z tego, co się dzieje, nie ma dostatecznej przyczyny, nawet najlepsze pomysły polityczne są tylko katalizatorami reakcji społecznych, nawet najlepsi mogą je tylko współtworzyć. Komisja Krajowa, a dziś TKK „Solidarność” i Lech Wałęsa jako przewodniczący Związku mają o tyle szczęśliwy wpływ na polską politykę, że zapewniają ciągłość współczesnej tradycji, od pięciu już lat tworzą ogólnonarodowy ośrodek wspierający swoim autorytetem niezależne instytucje i inicjatywy. Jak w każdej polityce, tak i w naszej istotny jest gambit — stawianie przeciwnika przed równoległymi konfrontacjami; siła „Solidarności” tkwi więc w różnorodności działań. Ale nie są to szachy, przeciwników nie sposób oddzielić od figur, gra toczy się w społeczeństwie, które samo siebie przesuwa po szachownicy. Szkicując obraz dzisiejszej polskiej polityki, będę unikał opisywania sekwencji ruchów, które należałoby zrobić. Skupię się na paru splotach zagadnień i zaproponuję kilka rozwiązań — sądzę, że nie można będzie ich zablokować jak mnie z powodu jednego błędnego ruchu.

Z manuskryptem tego tekstu w kieszeni zagrałem o ostatnią, nikłą szansę: z balkonu na ósmym piętrze spuściłem się o piętro niżej. Nieznany sąsiad przestraszył się i natychmiast zawołał policjantów obstawiających klatkę schodową "...tym razem” — myślałem bez żalu, gdyż błąd popełniłem wcześniej, trzeba było uciekać, gdy tylko zobaczyłem tamtych dwóch w samochodzie o czwartej w nocy, trzeba było przesłać kogoś z ostrzeżeniem, a nie znów włazić samemu. Schodzenie po balkonie miało sens, gdy było jeszcze ciemno. Leżałem na podłodze skuty z tyłu kajdankami i patrzyłem na młodego esbeka liczącego kartki mojego rękopisu. Jak widać niepotrzebnie. Gdy pierwsza wersja została wpięta w akta, druga znalazła się już na wolności.

Jeśli ten esej pomoże moim znanym i nieznanym przyjaciołom w tworzeniu pomysłów i organizacji służących polskiej polityce, uznam, że wart był długiej drogi.”