Z celi do celi. Listy do żony (1990)

Przedmowa Gustawa Herlinga—Grudzińskiego:

"Nie pamiętam już dokładnie, w którym to było roku, w każdym razie w latach siedemdziesiątych. Dostałem pewnego dnia pakiet z RFN, w nim sporo wycinków z pism architektonicznych i krótki list od nieznane go mi nawet z nazwiska architekta polskiego, zatrudnionego przelotnie w Niemczech. Wynikało z tego listu, że jego autor był moim czytelnikiem. Miał nadzieję, że zainteresują mnie załączone materiały architektoniczne. Ale wszystko to razem wyglądało na pretekst. Istotny był dopisek o takim z grubsza brzmieniu: „Warto też pogadać o innych zupełnie sprawach. Mógłbym bez większego trudu doskoczyć do Paryża”.

W kilka miesięcy później Czesław Bielecki „doskoczył” do Paryża i zaczął swoją współpracę z <> jako Maciej Poleski, W jego artykułach uderzyły mnie cztery zalety: jasność myślenia, precyzja wysłowienia, myślenie polityczne wolne od jakichkolwiek ogonów czy czkawek „ideologicznych”, pomysłowość w walce z gnijącym lecz silnym jeszcze ustrojem.

Po powrocie do Kraju z praktyk architektonicznych na Zachodzie Bielecki zabrał się do działalności podziemnej jako redaktor lub inspirator paru pism „drugiego obiegu” i jako szef wydawnictwa CDN. Od czasu do czasu ukazywały się nadal w <> artykuły Macieja Poleskiego, niekiedy zdarzało mi się czytać jego inteligentne „zakulisowe” analizy sytuacji w obszernych listach do Jerzego Giedroycia. Wyrósł pierwszorzędny działacz podziemia, tym cenniejszy, że nie lubił powiązań mafijno—koteryjnych, wolał po kociemu chodzić własnymi drogami.

Gdy zgodziłem się napisać przedmowę do książki Bieleckiego Z celi do celi — Listy do żony, poprosiłem go o notę informacyjną o sobie, dla uniknięcia nieścisłości i jednocześnie z myślą o nieodzownym dla czytelników tle tego dziełka sztuki epistolarnej. Bielecki przygotował tę notę podczas swego pobytu w Paryżu, w czerwcu 1988. Jest dokładna i dość drobiazgowa, miejscami zbyt drobiazgowa na mój użytek, postanowiłem więc zacytować z niej tylko to, co najważniejsze.

Najpierw dramatis personae. Maria Twardowska, druga żona Bieleckiego, urodziła się w roku 1945, ukończyła Akademię Sztuk Pięknych, jest architektem wnętrz. Trzy lata poprzedzające Sierpień mieszkała, studiowała i pracowała w Szwajcarii. Czesław Bielecki urodził się w roku 1948, ukończył Politechnikę Warszawską, jest architektem, w latach siedemdziesiątych spędził za dwoma nawrotami jakiś czas na Zachodzie. Przesiedział dwa i pół miesiąca aresztu w roku 1968, zwolniono go po umorzeniu śledztwa.

„Do podziemia zszedłem 13 grudnia 1981. Po raz pierwszy policja aresztowała mnie w maju 1983, wyszedłem z amnestii po dwóch i pół miesiącach: nie wiedzieli who is who. Sypnięto mnie w wigilię 1983, a od lata 1984, gdy wpadło mieszkanie na ul. Bryły, także Marysia znalazła się w pełnym zanurzeniu. Aresztowano nas w tym samym domu przy ul. Goławickiej 13 kwietnia 1985. (W podziemiu przeszliśmy z Marysią przez około trzydzieści mieszkań; osiągnięcie jako tako normalnego życia w tych okolicznościach spoczęło całkowicie na niej). Zarzuty początkowe: udział i kierowanie organizacją, pozostającą tajemnicą dla państwa. Potem zmieniono nam zarzuty, w moim paragrafie była mowa o przygotowaniach do obalenia ustroju silą. Moim adwokatem była Ewa Pruchniewicz. Głodówkę zacząłem 13 października 1985, w dniu wyborów, żądając dwóch rzeczy konkretnych: widzenia się z dziećmi i książek zawodowych (były to oczywiste, niezgodne z regulaminem, szykany), oraz przyznania więźniom sumienia statusu więźniów politycznych. Głodówkę prowadziłem aż do zwolnienia nas z więzienia 12 września 1986, a więc jedenaście miesięcy. Szczegóły dotyczące głodówki są niemal nieobecne, listy, w których było ich odrobinę więcej, zatrzymywała cenzura... 24 sierpnia 1987 urodził się nasz synek, Beniamin”.

Czy rzeczywiście dziełko sztuki epistolarnej, i to dość wysokiej klasy? Myślę, że tak. W oprawie pięknie akcentowanych uczuć do żony wędrują z celi do celi listy doskonale skomponowane i przemyślane, o kilku stale obecnych i rozwijających się wątkach. Bielecki uprawia regularnie gimnastykę intelektualną, ćwiczenia duchowe, wiedząc dobrze, jakie jest źródło siły za kratami. Zdumiewa i podziwem napełnia jego dyscyplina, zwłaszcza kogoś kto, jak ja, zna nieźle pułapki i zapadnie „rozkładowe” monotonii więziennej. Przeczytana i solidnie przetrawiona książka, obejrzana pod światło obserwacja psychologiczna, zanalizowany szczegółowo i „rozszyfrowany” artykuł w pismach partyjnych. Widać jak sprawnie pracuje umysł Bieleckiego. I jak ubezpiecza się przeciw nadmiernej pewności siebie (groźnej w izolacji) żywym stale poczuciem humoru.

Nie można porównywać warunków więziennych w Charkowie lat trzydziestych i w Warszawie lat osiemdziesiątych, ale istnieje pewne podobieństwo między Bieleckim i Weissbergiem—Cybulskim. Podobieństwo „umysłu nieposkromionego”, jak nazwałem przed laty mój wstęp do Wielkiej Czystki (nie bez aluzji do naszego swojskiego „umysłu zniewolonego”). Zmieniają się „etapy Historii” (jak uczyła nieśmiertelna niegdyś Czwórka Nauczycieli), tym bardziej więc wzrusza mnie w historii bez etapów każda książka wspierająca moją starą i niesłabnącą wiarę w umysł czysty i czujny, który nigdy nie poddał się bałamutnym pokusom z królestwa Nowej Wiary. Taką książką są Listy do żony Bieleckiego.

Ze względu na cenzurę więzienną listy Bieleckiego prawie pomijają jego jedenastomiesięczną głodówkę, ale czytelnicy powinni o niej ciągle pamiętać. Bielecki domagał się w swojej głodówce trzech rzeczy: dwie, widzenia z dziećmi i książki zawodowe, udało mu się w jakimś przynajmniej stopniu wywalczyć; trzecia i najważniejsza, przyznanie więźniom sumienia statusu więźniów politycznych, została wydarta implicite przez zwycięskie zakończenie głodówki. Tyle się w Polsce od roku 1986 zmieniło, że nie dostrzegamy już z dostateczną wyrazistością znaczenia batalii Bieleckiego. Zdobył on za kratami—niejedyny zresztą—pozycję wolnego więźnia, co miało swój wpływ na dalszy bieg wypadków w chylącym się do upadku systemie.

Przyszły historyk zauważy z pewnością wagę buntu więziennego, jako zapłonu wyzwoleńczych ruchów społecznych i narodowych. Przypomniała o tym ostatnio poetka rosyjska Irina Ratuszyńska w książce Szary jest kolor nadziei, wiedzieliśmy jednak znacznie wcześniej, że tak było z książki robotnika rosyjskiego Anatola Marczenko Moje świadectwo (druga połowa lata sześćdziesiątych). W szkicu o niej pisałem: „Od Dwudziestego Zjazdu (i mimo ciągłych prób rehabilitacji Stalina), poprzez upadek Chruszczowa aż po obecną chwiejną równowagę w kierownictwie kolektywnym, nastąpiło w Rosji coś w rodzaju desakralizacji władzy. Za czasów Innego Świata czy Dnia Iwana Denisowicza nadzorcy w łagrach byli wykonawcami woli wszechpotężnego i mściwego demiurga, więźniowie — składanymi mu w ofierze na ołtarzu niewolnikami. Był to układ niewzruszony, nieodwracalny, o cechach przeznaczenia: ani nie dopuszczał wahań u uciskających, ani nie pozwalał myślą o buncie żyć uciskanym. Mógł trwać, dopóki trwał kremlowski demiurg. Scholmer opisuje bunt więźniów w Workucie wkrótce po śmierci Stalina, naturalnie krwawo stłumiony. Był to dzień narodzin nowego więźnia sowieckiego, wolnego niewolnika”.

A sam Marczenko pisał: „Łagry młodnieją... Z młodzieżą trudniej administracji znaleźć wspólny język, jak lubi mówić naczalstwo. Przyciśniesz ją silniej, szarpie się jeszcze gwałtowniej. Nie ugina się, nie milczy, protestuje... Spróbowano knut zastąpić piernikiem: zaczęto tworzyć osobne młodzieżowe brygady i baraki. Spodziewano się, że tak będzie łatwiej trzymać wszystkich w garści. Skutek był odwrotny. Wspólny język znaleźli błyskawicznie młodzi Ukraińcy i Litwini, Estończycy i Rosjanie, robotnicy i studenci”.

Daleko w tył zawiodła mnie przedmowa do książki Czesława Bieleckiego. Sądzę jednak, że podwyższa jej wartość próba spojrzenia na nią w szerszym kontekście, jak wydaje mi się zawsze wskazane i pożyteczne spojrzenie na przyśpieszoną „bezkrwawą rewolucję” w Polsce z perspektywy powolniejszych lecz głębokich procesów w metropolii byłego (coraz bardziej) imperium."